sobota, 8 października 2011

Oh oh oh... Caught in a bad project

Poczłapałam do opiekunki laboratorium wczoraj z moimi wynikami. Oczy mi krwawiły (o dziwo jednak już sobie kwasu do oka nie władowałam), kręgosłup pękł w co najmniej dwóch miejscach, a od rękawiczek miałam odparzenia na rękach. Ale mimo zmęczenia i ogólnego zużycia byłam z moich wyników tak dumna jakby były co najmniej moim dzieckiem, które wróciło do domu ze świadectwem z paskiem. Rzuciłam laptopem o biurko, pokazując moje epickie tabelki wraz z absolutnie pięknymi wykresami i czekałam na wyrok. Bo już miałam za sobą 4 pomiary, z czego pierwszy spaliłam w kwasie, drugi zeżarły pierwotniaki, trzeci był jakiś lewy, a czwarty nareszcie wyszedł.
Opiekunka popatrzyła ze zrozumieniem, pokiwała głową i oznajmiła, że jest pięknie. I że kurde, jest na tyle pięknie, że walniemy sobie z tego PRAWDZIWĄ, REGULARNĄ PUBLIKACJĘ. PO ANGIELSKU. Czyli absolutny, dziki szpan. Zanim jednak zakwiczałam z radości zdołała mnie na nowo dobić.
Super, wyniki na TNT mamy i z nich piszemy artykuł. Ale to nie koniec poświęcenia moich oczu, kręgosłupa i rąk. Jeszcze wypadałoby zrobić pomiary na dwóch innych substancjach i jeszcze jeden na mieszaninie wszystkich trzech zanieczyszczeń. Czyli 21 stężeń po 5 powtórzeń. Razy 1000. Wychodzi 105000 komórek.

Mój projekt się nigdy nie skończy. Albo skończy się. Tyle że długo po mojej śmierci.

2 komentarze:

  1. Welcome to science, chcialoby sie powiedziec. Projekty w naukach wszelkich, szczegolnie scislych tak juz maja, ze trwaja pokolenia... Patrz co teraz robia z Einsteinem, a wydawaloby sie, ze juz wiecej z niego wycisnac nie mozna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odkrycia naukowe to maja do siebie, ze zawsze mozesz do nich cos dodac. Nie zalamuj sie. Z nudy nie umrzesz.

    OdpowiedzUsuń