Przyznaję się. W kwestii ubrań jestem w stanie odróżnić tylko pewne części mojej garderoby. Całkiem nieźle orientuję się w sweterkach, koszulach, marynarkach, t-shirtach i okryciach wierzchnich. Ale już czasem nie jestem w stanie rozpoznać spodni, a o skarpetkach nawet nie będę wspominać. Dlatego też czasem zdarzało mi się (oczywiście kompletnie nieświadomie) założyć skarpetki siostry albo przykładowo Natalii. Olga od tego czasu ma obsesję na punkcie przekopywania mojej szafy, czy nie podwędziłam jej jakichś ubrań. Nawet jeśli, to nie robię tego celowo. Po prostu moja pamięć które skarpetki są moje jest dość słaba i Natalia może to potwierdzić.
Mój problem ze skarpetkami jest taki, że zastanawiająco szybko mi się dziurawią. Nie mam pojęcia czemu jedna po drugiej mają tak nieprzyzwoicie wielkie dziury, że trzeba się ich pozbyć. To kończy się noszeniem różnych skarpetek (bo utratę partnera zastępuję inną, owdowiałą skarpetką) lub właśnie noszeniem takich, które akurat były pod ręką. Nie jest to zaszczytne działanie, ale w stopy mi zimno. I jak któregoś dnia miałam na sobie jakieś zwykłe, szare skarpetki Natalia się święcie oburzyła i wyraziła to wzburzenie okrzykiem "Moje weekendowe skarpetki!".
Jak się okazało, Natalia posiada coś takiego co zwie się właśnie "weekendowe skarpetki". To nic innego, jak para skarpetek, które nosi TYLKO i WYŁĄCZNIE w weekend. Jak sama nazwa wskazuje ma dwie pary takich skarpetek, żeby jedne były na sobotę, a jedne na niedzielę. I muszę przyznać, że co weekend widzę weekendowe skarpetki. Po prostu ta zasada jest święta. Natalia tłumaczy to, że gdy zakłada weekendowe skarpetki to wie, że ma wolne. Ma to jakiś sens.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz