piątek, 19 sierpnia 2011

Komórkowce i wstęp do gadaniny o mojej pisaninie

Jaki ja dramat przeżywam. Kamerka do mikroskopu nie chce za nic w świecie zainstalować sterowników na moim komputerze i z tego tytułu zdjęcia moich epickich mikrojąder, podziałów komórkowych, chromosomów i grupy pierwotniaków, która bezczelnie zeżarła mi jedno nasionko robię na komputerze opiekunki projektu. I też nie mam ich na swoim laptopie, żeby tu zaszastać absolutnym pięknem jakie w sobie mają jądra. Komórkowe oczywiście. Żywię nadzieję, że zostaną mi one przesłane i wtedy będą mogły w glorii i chwale zajaśnieć na tym blogu.
Abstrahując od tego, że najprawdopodobniej jestem jedyną osobą w promieniu parunastu kilometrów, którą faktycznie rajcują zdjęcia mikroskopowe komórek bobu.

Przynajmniej pierwszy, PRAWDZIWY pomiar mam za sobą. Czyli taki, który już nie nosił znamion "matko, co ja robię i właściwie po co to robię?!". Może i znowu w stężeniu 540mg/l wyszły jakieś kompletnie kosmiczne wyniki i nagle wszystko przestało mieć sens, ale reszta jest cacy i dzidzi. Natłukłam tych zdjęć jak głupia w nadziei, że jakieś cztery znajdą się na plakacie i będę mogła z dumą wypiąć klatę mówiąc "Moje. Sama znalazłam, ha!".

Życie mam ostatnio zastraszająco wręcz mało ekscytujące. Za to stworzyłam sobie nowego bohatera do mojego Totalnie Epickiego Opowiadania Steampunkowego z Wampirami. Jest wierną kopią drugiego bohatera, który nota bene już jest w stanie rozkładu (chociaż rozważam rytualne spalenie jego zwłok). Co to jest z tymi bliźniakami, że jeden prędzej czy później sobie zemrze tragicznie?
Wszystko wskazuje na to, że życie wewnętrzne mam ciekawsze niż zewnętrzne. To będę o nim pisać, a co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz