czwartek, 21 lipca 2011

Wietnam

Tytuł notki zainspirowany Mamutkiem, gdyż jak jej opowiedziałam przez telefon moją historię i skwitowałam całość wdzięcznym "tragedia" powiedziała, że tragedia to to nie jest, ale jakiś Wietnam albo inny Sajgon już tak. Zatem Wietnam dzisiaj był. Do rzeczy.

Projekt mój inżynierski idzie sobie kroczkiem powolnym bardziej do tyłu niż do przodu. Do tyłu, bo łażę na tą uczelnię codziennie jakby mnie coś pogrzało i nic z tego nie wynika. Bity tydzień modliłam się do moich nasionek bobu, sadziłam je, ważyłam, obcinałam, zalewałam alkoholem i chłodziłam, żeby dzisiaj to wszystko spektakularnie poszło się masowo kochać. A wszystko zaczęło się od tego, że zgodnie z wszystkimi zaleceniami przesączyłam orseinę, zalałam obcięte wcześniej korzonki kwasem i poszłam hydrolizować. Niestety podczas hydrolizy nastąpił mały kataklizm, który przedłużył cały proces o 3 minuty. Które jak się okazało, były kluczowe w całym badaniu. No ale ja jeszcze niewinna i nieświadoma dalej robiłam swoje.
Wrzuciłam pierwszy, zabarwiony preparat pod mikroskop i... no właśnie nic. Komórki są, ale wszystkie jakoby pozbawione jąder. Niezrażona poszłam po jedyną prowadzącą na terenie laboratoriów zapytać jak podłączyć do komputera kamerkę z mikroskopu. Kobieta bardzo inteligentnie powiedziała, że kamerkę podłącza się do miejsca na kamerkę. Ja nadal z niegasnącym uśmiechem zapytałam, a gdzie takowe cudo znajdę, a kobieta z irytacją odparła, że mam przynieść swoją.
Le wut?
Ciężko było uwierzyć w głupotę tej kobiety, więc jej delikatnie wyjaśniłam, że ja nie posiadam na stanie specjalistycznej kamery do mikroskopu wartego tyle co nowe BMW. I zapytałam gdzie kamera z zestawu. Kobieta już kompletnie wyprowadzona z równowagi warknęła, że skąd niby ona ma wiedzieć. Może stąd, że to ona tam pracuje, nie kurde ja. Ale co tam. Wolała rzucić okiem na preparat, zapytać ile trzymałam w skażonym środowisku próbki i uznać, że zamiast 48 godzin powinnam 44. No to jest taka różnica, że zaraz się tu poskładam z podniety. Ja vs mikroskop - 0:1.
Kolejny preparat, a tam nadal zima. Komórki niezabarwione niemal na złość, a ja zaczynam odczuwać pewien niepokój. Właśnie w tym momencie pojawiła się moja prowadząca projekt, spojrzała na te upośledzone tkanki i kompletnie niezrażona powiedziała, że mam zrobić wszystkie 21 preparatów i wrzucić je do lodówki na noc, bo w końcu jutro też jest dzień. Co z tym, że ostatnią rzeczą jaką pragnęłam robić w piątek wieczór, to kwitnąć w laboratorium. Przyjadę, wyboru chyba większego nie mam.
Wszyscy sobie poszli, a ja zostałam sama na polu bitwy, zmagając się z korzonkami i pieprzonym barwnikiem, który miałam wszędzie, tylko nie gdzie powinnam. Po drodze jeden korzonek się z przyczyn mi niewiadomych zdezintegrował na bibule, a ja w panice wywaliłam barwnik na blat. Ale to dopiero był początek mojego końca.
Przelewając kolejny preparat drobniutka kropelka prysnęła mi do oka. Zignorowałam fakt myśląc, że to w końcu woda. Dopiero, gdy lewe oko zapłonęło żywym ogniem przypomniało mi się, że przecież wszystko wrzuciłam wcześniej do stężonego kwasu solnego. Wyjąc jak zarzynana wsadziłam łeb pod kran myśląc ponuro, że po raz pierwszy w życiu przydały mi się przepisy BHP. Szkieł kontaktowych się pozbyłam i resztę roboty wykonywałam ślepa jak nietoperz.
Gdy już wreszcie stamtąd wyszłam (a raczej się wyczołgałam) byłam na granicy zejścia śmiertelnego. Najbardziej mnie chyba dobił fakt, że nie osiągnęłam tego dnia niczego. Chociaż teraz wypiłam kawę, więc cytując kolegę Krzysia, osiągnęłam wypicie kawy. Dzień zaliczamy do nie straconych.

Właściwie Wietnam pasuje. W końcu na moment nie miałam oka. Billy came back from Vietnam just a shadow of a man. (Oysterhead rulz)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz